pokryfka-azja0405 travel blog

malzoleum-0

malzoleum-0.1

malzoleum-0.7

malzoleum-0.7-dol

malzoleum-0.7-dol-zoom

malzoleum-0.8

jezioro-lilie

jezioro-budka


docieram do kampusu. niestety 'single' kosztuje Y100, dormitoriow nie ma. duzo. trzeba bedzie poszukac hostelu, mam adres jednak mapka jest jakas lewa. tymczasem... miasteczko akademickie jest bardzo sympatyczne, szkoda ze nie bede tutaj mieszkal. pelno tu knajpek studenckich. tradycyjnie prosze, zeby mi cos polecili. dostaje miche pelna makaronu i ostrej zupy. cos jak chinska zupka tylko ze dobre. ostre ale od czego jest piwo ('for relaxing time, suntory time'. nie wiem czy to to same 'suntory' ale jest calkiem dobre. przyzwyczailem sie juz do chinskiego rozwodnionego piwa). sami studenci wiec kazdy mowi po angielsku, right? wrong! 'i-n-t-e-r-e-n-t-_-c-a-f-e-?' zostaje zrozumiane jako 'internal goverment' - niezle maja czytanki ;) ale w koncu sie udaje. wolno wiec zdjec nie powgrywam ale mozna sprawdzic poczte (czekam na wiadomosc o ibooku) i jest warcraft3! w dodatku jest raczej tanio, Y2/godz. zaraz skopie skosom tylek (albo oni mnie).

z angielskim studentow raczej marnie, na szczescie sa bardzo zyczliwi (chociaz to czasem tez niedobrze, jak sa za bardzo zyczliwi to staraja sie pomoc nawet jak wiedza, ze nie moga). w kazdym razie dowiedzialem sie, ze autobus 1 to nie to samo co Y1 (a po chinsku krzaczek-1) i znam juz nazwe stacji (krzaczkami gdyz na przystankach tylko tak jest napisane) kolo hostelu. kolejne dwie studentki potrafia jeszcze mniej po angielsku ale po kilku minutach chichotow stwierdzaja 'follow me' (co powoduje kolejna fale chichotow, do ktorych ja, na zasadzie rezonansu, sie przylaczam). wysadzaja mnie na jakims przystanku i wskazuja na autobus, ktorym moge dojechac. tylko ze on jezdzi do godziny 17 :( znajduje inny, ktory dojezdza prawie tam (stacje blizej). na piatej stacji wysiadam, jakies straszne zadupie. moze lepiej wziasc taksowke, tylko to troche pojscie na latwizne. spotykam kolejna osobe, ktora braki w angielskim nadrabia zyczliwoscia. pomoga znalesc hostel jednak widac, ze sama nie ma pojecia gdzie to jest. prowadzi mnie na jakies totalne zadupie (przedtem bylo tylko zadupie). co chwila chce (ja) wracac jednak wole isc z nim kawalek dalej niz wracac samemu. a on co chwile pyta kogos o droge i idziemy znowu kawalaczek do przodu. akurat jemu ufam (muchy by nie skrzywdzil), gorzej z mieszkancami okolicznych gruzow (to byly jakies speluny, ludzie mieszkali w skleconych ze smieci szalasach lub w gruzach; tu ma byc hostel?!). przypomnialo mi sie stwierdzenie kuby: 'tam traktuja bialego jak skarbonke, jezeli mocno sie potrzasnie to cos wyleci'. w koncu namawiam go do powrotu (chociaz on chcial dalej jeszcze) i wracamy. (sprawdzam czy nikt za nami nie biegnie.) dojezdzam taksowka (dopiero czwarty taksowkarz wiedzial, gdzie to jest), docieram pod wskazany adres ale znowu jest niefajnie. dormitoriow nie ma, znizek dla czlonkow nie ma a 'single' kosztuje Y180. do tego calosc znajduje sie na mega zadupiu. nie mam pojecia jak toto zakwalifikowalo sie do hi (po przegladnieciu ulotki wiem juz jak. wg niej sa dormitoria a 'single' kosztuja Y80; btw hotel, bo przeciez nie hostel, jest oznaczony logiem hi. chcieli sobie zrobic darmowa reklame; btw w LG adres ten nie pojawil sie, wzialem go z prospektu hosteli HI w chinach, ktory otrzymalem w pekinie stajac sie czlonkiem hi). przed opuszczeniem przybytku zbieram sie zeby im troche wygarnac ale pani w recepcji ratuje troche sytuacje proponujac ze zadzwoni po taksowke i powie kierowcy adres 'hotelu dla studentow'. no dobrze. docieram (rowniez hi ale do prospektu sie nie zalapal). nie jest tak stylowy jak ten w xian (ktory imho moze stanowic cel sam w sobie) i w dodatku nie dostrzegam ani jednego dlugonosego (rowniez wsrod gosci) ale stosunkowo w centrum i cena dosc rozsadna, Y40 (choc w pekinie i xian bylo taniej). zrobilo sie pozno (21) ale przed zakonczeniem dnia ide jeszcze na obchod okolicy. trafiam na jakis komercyjny deptak. kupuje w pierwszym lepszym sklepie jakies spodnie dlugie. wzialem tylko jedne i wlasnie sie rozwalaja. mialy sie rozwalic dopiero w tropikach ale jade troche dluzsza trasa i zuzyly sie wczesniej. sztruksy kosztuja Y99. pewnie daloby sie taniej jednak wowczas prawie na pewno musialyby miec logo 'nike'. moglyby byc rowniez drozsze ale wowczas bylyby firmy 'nike' (lub innej). jeszce piwo i net i logout.

nazajutrz... parki? lubie! zwlaszcza jezeli co jakis czas jest jakies malzoleum lub cos. niestety pada, intensywnie. troche szkoda gdyz planowalem zdobyc szczyt jednak w koncu poprzetaje na malzoleum. i tak zdazylem juz zlapac katar. wracajac zjezdzilem prawie cale miasto autobusami. glownie dlatego, ze za rada milej osoby zmienilem autobus na inny, zeby bylo szybciej. w kazdym razie trasy autobusowe mam juz opanowane. miasto tez jest juz z grubsza oswojone wiec pora wyjezdzac (gdyby nie taka kiepska pogoda to pewnie zostalbym jeszcze polazic po gorze).

o jedzeniu tutaj. rano polecili mi jakis ryz+. w sumie dobre ale jakies stosunkowo niewyszukane (+ = mieso i jedno nierozpoznane warzywo). a wieczorem jeszcze jakas zupke na ulicy. tubylcy to masowo jedli wiec trzeba bylo sprobowac. dobre (btw podpatrzylem sposob jedzenia: jedna reka lyzka a druga paleczki do wydlubowania makaronu i 'gestego') ale znowu jakies takie proste (skladniki zupelnie niepomieszane, osobno). pozniej w LG znajduje chinskie powiedzonko, ktore wszystko wyjasnia:

Sichuanse food is like a hot woman, Beijing food a refined young lady, and South Yangzi food a humble farm girl.

kolejny dzien. przed wyjazdem chcialem jeszcze zobaczyc jezioro. rano zimno (a/c sie zepsulo) wiec niechetnie opuszczam spiwor. udaje sie jednak zmiec bilet na pozniejszy, jednak bez miejscowki :/ a jezioro? milo, spokojnie. co chwila jakas tabliczka wyjasniajaca dlaczego to miejsce jest wyjatkowe (opis, jak to w chinach, wzbogacony jest epitetami) - bardzo dobrze, gdyz w przeciwnym wypadku przeszedlbym obok (a nawet po) nieczego niezauwazywszy. ale to po prostu nie ta pora roku. bo jak tu zauwazyc rozany ogrod gdy nie ma w nim rozy, wisiowa wyspe bez wisni czy staw z '8 tys. lili i 7 tys. karpi', ktory jest mulista kaluza. jednak nawet teraz mozna znalesc kilka uroczych miejsc. i cisza! a latem moze tu byc naprawde pieknie (z liliami, dywanami z kwiatow itp). (przez cala podroz jednak siedze, choc to osobna historia).

Entry Rating:     Why ratings?
Please Rate:  
Thank you for voting!
Share |