RESET in ASIA - India, Nepal, Tibet travel blog

 

 

 

 

 

 

 

 


8 lipca hotel w Jailsamerze, 16.50 - haslo dnia dzisiejszego - co cie nie zabije to ci wzmocni - w dniu dzisiejszym Delhi wydaje sie bardzo milym wspomnienien ze swoimi trzydziestu paru stopniami - wjechalismy w pustynie i upal stal sie nie do zniesienia okolo 47... wiec odkrylem nowy szczyt upalu - spocic sie w kilmatyzowanym aucie :-) Na szczescie wyruszylimymy w miare wczesnie bo o 8. Najpierw bylo stare miasto - targu moze nie bylo jeszcze ale lazac sobie waskimi uliczami - moglem poczuc (tez doslownie) uroki budzacego sie do zycia miasta. Wprawdzie trzeba bylo uwazac by nie wdepnac w zupelnie nie swiete lajno swietej krowy lub by ktos nie wylal na leb wiadra z pomyjami - ale cos za cos - zobacz i poczuj prawdziwe Indie - Delhi przy tym to skansen. Wszedzie paletaly sie krowy - wiec ustalilem, ze to bezpanskie - troche jak nasze psy. Wiec jesli krowa przestaje dawac mleko - idzie na bruk... wiec paleta sie biadeczysko po miescie w nadzieji, ze cos wygrzebie na smietniku lub dobry hindus kupi jej jakas trawe do zjedzenia. Zabic jej nie moga, zjesc tez... wiec tak sobie zyje na lasce, dobrze ze nie ma duzo europejczykow - bo mogli by ja przerobic na steki (tak jak chinczycy u nas z pasami :-)). No tylko, ze ilosc ich jest na prawde duza - po wsiach tez sie walesaja - ale jak mi przewodnik wytlumaczyl te sa juz maja domy - po prostu wracaja na noc.

Pozniej byl fort... coz nazwa moze byc mylaca - bo to po prostu byly palace... z funkcja obronna. Polozony na ogromnej skale goruje nad miastem... w srodku przelecielismy przez sale... male zakupy i w droge. Tak jak pisalem mialem pomysl by w polowie sie zatrzymac w Pokaran, by zobaczyc tez miejscowy fort. Extra byl zupelnie inny - malutki - ale za to w czesci przerobiony na hotel. Za to bylem jedynym turysta - co dalo sie odczuc... wiec najpierw - jeden mnie oprowadzil po muzeum (i w lape); pozniej zostalem przekazany kolejnemu, ktory mnie oprowadzil po kilku pokojach ( i w lape); nie dalem sie przekazac kolejnemu by zobaczyc swiatynie Sziwy, ale za to przejal mnie kolejny, ktory pokazal mi sale restauracyjna... whow, basen i namowil na piwko... wiec tez musial dostac tipa. Pokoje byly na prawde niezle - mozna wynajac apartamant maharadzy lub jego zony za drobne 150 USD.. wiec tyle co nic. 2-3 pokoje, ogrome loza, u zony bylo nawet patio i osobny pokoj herbaciany pelen poduszek - wiec jak by mieli faje wodna - to by bylo jak znalazl. Potem ruszylismy w dalsza droge - a ze jakos specjalnie glodny nie jestem w tych temperaturach kupilem tylko kilka bananow - ale coz banany i piwo - for sure not good. Teraz czekam na mojego przwodnika - w hotelu jest basen wiec za chwile bede mial - Chicken Masala z zimnym piwkiem na brzegu basenu. Nie wiem czy sie udam na zwiedzanie miasta... bo gorac zabija - wiec pewnie dopiero jutro zoabacze co tutaj graja. Swoja droga - jutro pustynia i spanie w namiocie... bez kilmy ani nawet wiatraka... wiec jak bedzie tak jak tu - pierdziele - spie na zewnatrz... na szczescie mam wklad od spiwora.

Mam kilka ciekawych przemyslen - wiec jak mi dzisiaj starczy czasu to sie podziele... o pepsi, o pustyni, o kolorowych strojach, o monsunie, o zebraniu (nie mam polskich znakow - nie chodzi o spotkanie - tylko o proszenie o kase - przypis autora)... i pewnie jeszcze kilka innych - ale one tak przychodza i odchodza... wiec musze przynajmniej hasla zapisywac.

18.30 - hotel - pokoj - wlasnie wrocilem z jakiejs malej przekaski przy basenie... niestety nie zdecydowalem sie na wejscie - pomimo tego, ze mam nawet tabletki na wszelkiego rodzaju opryszczki... zaraz jednak rusze w miasto - tylko wezme lekki prysznic...

Po pierwsze musze przestac jesc w hotelach - bo moze nie jest zle... ale tez nic specialnego i poza tym drozej - dzisiaj poszlo za cale 500 rupi - na nasze - chyba z 30 zl... (z duzym piwkiem) - na miescie moze byc 1/3 tego w rekomendowanej restauracji. Ale jak juz mowimy o jedzeniu warto zaznaczyc, ze indyjska kuchnia jakos nigdy mnie nie pociagala... raz, bo nie jest u nas popularna, a jak juz to sie kojarzy z jakimis wegeterianskimi cudami. Poza tym - najladniej to ona nie wyglada... zawsze mi sie jakos dziwnie kojarzyla z jakas papka od brudnego zoltego przez jakis kiepski pomaranczyk az po paskudny brazik... wiec zamiast z jedzeniem kojarzyla sie raczej inaczej... Nie to co wloskie, czy tajskie jedzenie - od samego patrzenia az chce sie jesc... wszystko wyglada swiezo, kolorowo... ale jak czlek glodny to wszystkiego sprobuje... i suprise... jak sie odrzuci jak to wyglada - zostaje super jedzenie - nie mowie o weg... ale i tak kilka fajnych rzeczy znalazlem - wspomniany wczesniej szpinak z serkiem (wylada jak nasz szpinak tylko jest super przyprawiony) z kawalkami serka - cos a la' feta... albo papryka z ziemniakami - niebo w gebie, chociaz to nie wygladalo nawet zle. Oprocz tego cala gama dla miesozercow... Highlight - Tandoori... nie to ze jakas potrawa - ale specjalny gliniany piec, gdzie wypiekaja wszystkie cudenka... (jeden z powodow by nie jesc w hotelach - ze jest off season - tandoor czesto nie dziala). Moj ulubiony byl kurczak w sosie jogurtowo-mietowym... ale pierwszego dnia wzialem tandoori set - wiec mialem oglad... Ogolnie jedzienie - duzo przypraw, dosc ostre... i czesto kolendra - dla tych co nie lubia tragedia - dla mnie raj. Do tego obowiazkowo - albo ryz albo jakis lokalny chlebek - np. roti - taki placek wypiekany na jakiejs metalowej plycie (cos a' la tortilla). Z zup tylo probowalem cytrynowo-kolendrowa - ale tez byla OK. Wiec jak na razie tyle - mam nadzieje, ze do konca bede mogl przekazac wiecej...

Uffff... chyba jeszcze chwile popisze - bo ciagle nie chce mi sie wychodzic... wiec jak juz o jedzeniu - wiec moze teraz na temat sniadan - coz jak by nie bylo to podstawa...

Chyba jak pod kazda szerokoscia geograficzna - niesmiertelny fawortyt kazego poranka to jajo. Coz ile ja sie juz rozmaitych omletow, jaj sadzonych i gotowanych najadlem... wszedzie ale to wszedzie - pada niesmiertelne pytanie - jak? Pamietam umorusanego Murzyna (notabene karzelka) w wyciagnietym brudnym podkoszulku w Santiago de Cuba, ktory wpadal i z blyskiem w oku... pytal - Tortilla? (omlet na Kubie) - nie wiem dlaczego, ale on zapadl mi w pamieci chyba przez calosc kombinacji... bo i wlasciciele nie wygladali lepiej - reszta to korowod beztwarzonych jajecznic i innych specjalow... Ale nie jest to moze najciekawsze - jak wplyw kolonializmu na to co musimy jesc... coz w Maroko, czy Tunezji - standardem byla cafe a' lait i croissant... ile mozna to jesc... Nie zapomne, ze po 2 tyodniach w Maroko - odkrylem wlasny sposob na to by sobie poradzic z tym problemem - sardynki w puszkach, serek z krowka i lokalny chleb - wiec jakos dociagnalem do konca. W Laosie pozostawili po sobie ... kanapki. Na ulicy w Luang Prabang jak nic mozesz kupic super bule (taka pol bagietka) i Pani zapelni ja mieskiem, warzywkami, JAJEM, tunczyykiem czym tylko sie chce... malo co smakuje tak dobrze po serii nijakich sniadanek. Siedzisz jak Pan na murku, z chrupiaca kanapka w lekko brudnej dloni i patrzysz sobie na zdegustowana niemiecka wycieczke. OK ale wrocmy do Indii - GB rulez... pol-angielskie sniadanko to na co tu mozna liczyc. Pol - bo zostalo tylko jajo, nie ma bekoniku, pomidorkow, pieczarek czy oblesnej fasoki - swoja droga jak mozna jesc fasolke na sniadanie. Kilka tostow, dzemik (ciekawe, ze nazywaja to preserve a nie jam) i cornflakes... no i jeszcze jaki soczek. Herbatka, kawka do wyboru... A co do herbaty - to sie nadzialem w pociagu - laza i krzycza - ciaj, ciaj... (jakie szczescie ze mam podstawy ruskiego wiec skojarzylem, ze o tea chodzi... wiec sie pytam tea? yes sir - tea? how much? heee... how much? aaaa.... 5 rupies.. OK... I co za piec rupi dosteje jakas bebeluche... nie wiem czy wode brali z Gangesu, czy co... jakies to kremowo-bure, z lekka pianka - wiec jade dalej - my friend is it OK? yes sir... wiec co probuje... i co? Tramuma z dziecinstwa, poranki u babci Toli w Miechowie - ich ciaj - to nic innego niz herbata z mlekiem i do tego francowato slodka... Nie jestem kobieta w ciazy - nie bede juz wiecej tego pil... wiec to na tyle - zmykam pod prysznic i na miasto...

Szybki update 20.55 srodek miasta - kazde z tych miast ma jakis urok - tu pojawily sie biegajace samopas male czarne swinki - i mam nadzieje, ze nie jest to miejscowy substytut bialej myszki - bo az tyle nie wyplilem - chyba, ze to reakcja na upal.



Advertisement
OperationEyesight.com
Entry Rating:     Why ratings?
Please Rate:  
Thank you for voting!
Share |